Producenci mają tysiące SKU, kilka rynków eksportowych i dane produktowe porozrzucane po Excelach. Artykuł wyjaśnia, kiedy warto wdrożyć system PIM i na co zwrócić uwagę przy wyborze.
Artykuł sponsorowany
Dlaczego firmy produkcyjne przechodzą na PIM?
Producent mebli tapicerowanych. W ofercie 3000 SKU, każdy w kilkunastu wariantach tkanin i kolorów. Do tego trzy rynki eksportowe z własnymi wymaganiami co do opisów, jednostek miary i certyfikatów. Dane produktowe rozrzucone między Excelem, ERP-em, folderami na dysku i głowami product managerów.
Tak wygląda codzienność wielu polskich firm produkcyjnych. Meblarskich, kosmetycznych, motoryzacyjnych. I coraz więcej z nich szuka wyjścia w systemach PIM.
Producent to nie sklep internetowy
PIM (Product Information Management) to system do centralnego zarządzania danymi produktowymi. Tyle definicja. W praktyce producent używa go zupełnie inaczej niż sklep e-commerce.
Sklep potrzebuje PIM do opisów i zdjęć na stronę. Producent – do zarządzania danymi na całej ścieżce życia produktu. Specyfikacje techniczne i normy na etapie rozwoju.
BOM-y i warianty konfiguracyjne w produkcji. Dokumenty CE i karty bezpieczeństwa przy certyfikacji. Opisy dla dystrybutorów i marketplace’ów. Tłumaczenia i lokalne wymagania prawne przy eksporcie.
Firma, która ogarnia to wszystko w arkuszach kalkulacyjnych, szybko zauważa, że product managerowie spędzają absurdalnie dużo czasu na ręcznym przepisywaniu tych samych informacji między systemami. Nie tworzą wartości – kopiują dane.
Kiedy wiadomo, że Excel już nie wystarcza?
Pierwszy sygnał: czas wprowadzenia produktu na rynek się wydłuża. Aktualizacja opisu jednego produktu wymaga zmian w ERP, na stronie www, w katalogach PDF, w feedach dla dystrybutorów i w e-commerce. Jeśli to zajmuje dni zamiast minut, problem nie leży w ludziach – leży w architekturze danych.
Drugi: błędy w danych zaczynają kosztować. Zły wymiar w karcie technicznej. Nieaktualna cena w katalogu dystrybutora. Brakujący certyfikat na rynku niemieckim. W automotive takie rzeczy kończą się karami umownymi. System PIM dla producentów wymusza kompletność danych przed publikacją – nie da się wypuścić produktu z pustymi polami.
Trzeci sygnał, i coraz głośniejszy: regulacje. Digital Product Passport (DPP) staje się obowiązkowy w UE od 2027 roku. Pełne dane o składzie, pochodzeniu, śladzie węglowym – dostępne cyfrowo dla każdego produktu. Kto ma PIM, dostosuje się w tygodnie. Kto nie ma, zacznie projekt od zera.
Wybór systemu – na co patrzeć?
Nie każdy PIM pasuje do produkcji. Kilka rzeczy, które warto sprawdzić przed wyborem:
Czy system obsługuje wielopoziomowe warianty i dziedziczenie atrybutów? Czy integruje się dwukierunkowo z ERP (SAP, Odoo, Comarch)? Czy ma workflow zatwierdzania – bo w produkcji dane muszą przejść przez product managera, dział jakości i marketing zanim trafią na zewnątrz. I czy radzi sobie z wielojęzycznością i wieloma jednostkami miary, jeśli firma eksportuje.
Na polskim rynku najczęściej pojawiają się trzy nazwy. Akeneo jest open source i ma za sobą dużą społeczność. Pimcore idzie dalej – łączy PIM z DAM i CMS, ale wymaga więcej pracy przy wdrożeniu. Ergonode to polski produkt, prostszy w obsłudze, choć młodszy na rynku. Który lepszy? To zależy od tego, jak duży jest katalog, ile integracji trzeba postawić i jaki jest budżet.
Czy to się w ogóle opłaca?
Dla firmy z katalogiem powyżej 1000 SKU i przynajmniej trzema kanałami sprzedaży (własny e-commerce, marketplace, dystrybutorzy) – tak, zazwyczaj w ciągu roku do półtora. Oszczędności wynikają przede wszystkim z szybszego wprowadzania produktów, wyeliminowania błędów w danych i automatycznego generowania katalogów i feedów.
Odkładanie decyzji o PIM nie jest oszczędnością. To po prostu stracony czas.






